niedziela, 16 czerwca 2013

Rozdział 3

Jestem tutaj od trzech dni. Siedzę wyłącznie u siebie w pokoju. Najbardziej podoba mi się przesiadywanie we wnękach w salonie. Nie wiem dlaczego, ale myślę, że to miejsce jest stworzone wyłącznie dla mnie. Marco i Jackob próbowali się ze mną skontaktować, ale idioci zostawili u mnie w pokoju klucz do drzwi i już pierwszego dnia wieczorem odnalazłam, go na stoliku. Momentalnie drzwi stały się zamknięte dla wszystkich z zewnątrz. Oczywiście otwierałam je, żeby służąca mogła wnieść posiłki. Nie jem zbyt dużo, ale bardzo dobrze dogaduje się z Margaret. Meggi jest bardzo młoda, bo ma dopiero 21 lat. Zawsze marzyło o tym by zostać tancerką. Nie pozwoliło jej na to życie, gdyż pochodziła z biednej rodziny. To Margaret opowiada mi jak wygląda dom i zawsze zachęca mnie, żebym wyszła i coś zobaczyła. Dziewczyna jest bardzo miła, ale wkurza mnie, że ciągle mnie przekonuje o tym, że Marco i Jack są bardzo dobrymi ludźmi i główkują jak mają mnie przekonać do siebie. Postanowiłam, że dzisiaj będzie inaczej niż przez te trzy dni.
Jest 9 rano. Meggi jak zwykle puka trzy razy w drzwi. Podchodzę do nich z entuzjazmem i otwieram je na roścież.
- Hej - wita mnie z wielkim uśmiechem na twarzy. - Jak miło cię widzieć w dobrym humorze.
- Zobaczymy jak długo potrwa. Nie potrzebnie przyniosłaś herbatę, dzisiaj śniadanie zjem na dole.
- Jej to super - objęła mnie. - Chodź zaprowadzę cię do jadalni. - Oczywiście wiedziałam jak wygląda korytarz i hol. Zeszłyśmy na dół. Dziewczyna tak się nakręciła, że prawie szła w podskokach. Ciągle nawijała jak to super, że w końcu odważyłam się spotkać z jej pracodawcami i że na pewno mi się spodoba, i w ogóle jakie to wszystko zajebiste. Od razu w mojej głowie pojawiła się wizja Meggi na różowym jednorożcu, dostającej orgazmu na widok tęczy. Skręciłyśmy w lewo i weszłyśmy przez oszklone drzwi do jadalni.
 Na mój widok obaj panowie podnieśli głowy i uśmiechnęli się od ucha do ucha. Skrępowana, objęłam się rękoma i powiedziałam niepewnie:
- Jeśli się nie pogniewacie to mogłabym zjeść śniadanie tutaj?
- Jasne, że się nie pogniewamy - powiedział z entuzjazmem Marco. spojrzałam pytająco na Jackoba, bo to jego traktowałam gorzej. Nie przestawał się uśmiechać.
- Zapraszamy - na jego zaproszenie usiadłam przy stole. Wybrałam krzesło dostatecznie oddalone od nich. Tak o dwa krzesła dalej. Sprawę miałam ułatwioną, bo siedzieli na przeciwko siebie. Przez chwilę panowała cisza, którą przerwał Marco:
- Jak się spało?
- Słuchajcie - zaczęłam. Spojrzeli na mnie z uwagą. - Nie będę udawała, że was lubię. Nie będę udawała niczego. Jestem jaka jestem. Możecie swoją litością dupę sobie podetrzeć, bo ja mam to daleko w poważaniu. Możecie zmuszać mnie do czego tam chcecie, ale nie będę posłusznym, pieprzonym żołnierzem. - Wszystko wypowiedziałam lekko podniesionym głosem, nie znoszącym sprzeciwu. Jackob przestał jeść i wytarł usta serwetką. Złożył swoje dłonie, kładąc łokcie na stole. Spojrzał na mnie, a ja wytrzymałam to spojrzenie.
- Dobrze - powiedział i opadł plecami na oparcie swojego krzesła. Spojrzałam na niego ze zdziwieniem. Myślałam, że to on zaraz zacznie wszystko krytykować i tak dalej. - Przynajmniej wiemy na czym stoimy.
- Słuchaj Kristin niczego od ciebie nie będziemy wymagać na razie. Adoptowaliśmy cię i chcemy żeby było ci dobrze.
- Nie możecie oddać mnie do sierocińca? - krzyknęłam.
- Nie poddamy się tak szybko - powiedział z uśmiechem Marco.
- Mimo, że nas nie lubisz, nie damy za wygraną. Przemyśleliśmy sprawę. Nie chcemy rzucać nożami i tak dalej, dlatego musimy dojść do kompromisu - siedziałam oburzona. Myślałam, że naprawdę po tym jak przez trzy dni nie dawałam znaku życia, po prostu mnie oddadzą.
- To który będzie moją mamusią, a który tatusie? - spytałam z sarkazmem.
- Żaden. Możesz mówić do nas po imieniu.
- A nie mogę homo1 i homo 2? - zamiast się wkurzać oni tylko się uśmiechali. Ja pierdole. Patologia.
- Możesz Marco i Jack - uśmiechnął się do mnie Marco - siedziałam i oglądałam swoje zniszczone paznokcie.
- Słuchaj do kompromisu dojdziemy po śniadaniu - powiedział po chwili Jack. - A teraz smacznego.
- Huj ci do tego - wymamrotałam pod nosem.
- Mogłabyś ograniczyć trochę słownictwo. Wiemy, że nie jesteś taka.
- Nic nie wiecie o mnie. Żyjecie sobie tutaj w swoim homoseksualnym królestwie i macie w dupie co czuje. Ważne że macie "dziecko", którym nigdy nie będę dla was. Jestem za duża na wasze zagrywki.
- Ok jak jesteś dość duża to zachowuj się dorośle i jedz.
Boże jak oni mnie wkurzają. Mogliby się zacząć na mnie złościć, bo ten ich uśmieszek i entuzjazm mnie wkurza. Chcę iść do swojego pokoju, ale zostaję by dokończyć śniadanie, a potem ewentualnie pogadać o tym kompromisie. Nigdy nie byłam mięczakiem i nigdy się nie poddaje. Jak już coś sobie coś obiecam zawsze dotrzymuje słowa. I cholera jasna, teraz, tutaj, w tej pieprzonej jadalni, zaczęłam myśleć o tym, że zawsze w domu jedliśmy wspólne posiłki, gdy rodzice byli na miejscu. Chciałabym, żeby było tak jak dawniej.
Po zjedzonym śniadaniu, panowie zabrali mnie na patio. Pomyśleli chyba, że na świeżym powietrzu rozmowa przebiegnie w milszej atmosferze.
Marco z Jackiem usiedli na kanapie, ja wybrałam schody. Niewiele rzeczy widziałam jeszcze w tym domu, ale za każdym razem mnie zadziwiał. Czuję się tutaj przepych i bogactwo. Wiem, że gdyby rodzice teraz żyli, pewnie miałabym podobny dom i wiedlibyśmy swoje luksusowe życie.
- Jak duży jest ten dom? - spytałam podciągając maksymalnie nogi pod brodę.
- Jest ogromny. Szczerze mówiąc to ma ponad 1000 metrów kwadratowych. Prawda Jack?
- Tak. Ma około 120 pomieszczeń, ale różnej wielkości. - Moja ciekawość wzięła górę.
- Wszystko sam urządzałeś? 
- Przyznam szczerze, że nie wszystkie pokoje są jeszcze urządzone. Jest wiele pokoi niezagospodarowanych. 
- Służba mieszka w tym domu?
- Nie - uśmiechnął się Marco. - Maja  swój hotel pracowniczy na tej posesji.
- W takim razie jak wielka jest ta posesja? - dopytywałam.
- Hmm ma około... trudno powiedzieć. Zaczyna się od domu a kończy na wybrzeżu. 
- Macie dostęp do morza? - spytałam zaskoczone. Myślę, że zadaje te wszystkie pytania by uniknąć rozmowy na temat, który mieliśmy poruszyć. 
- Możemy któregoś dnia pojechać tam na quadach, bo to kawałek drogi stąd.
- Ale ciągle jedzie się przez waszą posesje.
- Yeap.
- Super - chyba nawet udało mi się wykrzesać trochę zachwytu. Spojrzałam na Jacka i Marco. Nie byli aż tacy źli... chyba. A przynajmniej nie jak na pedałów. Urządzili pokój w moim stylu, wyrazili chęć poprawienia czegokolwiek, no i chcą się jakoś ze mną dogadać. Moja wewnętrzna dobroć dała znać  sobie. 
- Słuchaj Jack. Nie chciałam zrobić ci przykrości nie okazując zachwytu moim pokojem - nie wiem czemu ale Marco się uśmiechnął. - Bardzo mi się podoba. Jest w nim uchwycone wszystko co kocham, ale rampa mi się nie przyda bo nie mam swojej deskorolki, a taka duża garderoba jest zbędna, bo mam tylko kilka rzeczy.
- Spokojnie wszystko kupimy - uśmiechnął się Marco. - chcielibyśmy, żebyś czuła się... hmmm... nie chcę cię urazić, ale chcielibyśmy, żebyś poczuła życie w luksusie. To jest super życie.
- Wiem - przyznałam smutno, bo wspomnienia znów powróciły. Oparłam twarz o kolana.
- Ale nie takie życie jak w serialach - powiedział z entuzjazmem Marco. - Zobaczysz jak to jest żyć na salonach, gdy niczego ci nie brakuje i możesz mieć wszystko - łzy spłynęły po moich policzkach, a kolejne stały już w kolejce w moich kanalikach ocznych. Jack automatycznie podszedł do mnie. Kucnął przede mną i oparł dłonie na moich kolanach. Nie strąciłam ich.
- Hej co się stało? - spytał z przejęciem w głosie. Chwilę zajęło mi zanim uspokoiłam się na tyle by w końcu komuś o wszystkim powiedzieć. 
- Wiem jak to jest - wstałam i stanęłam do nich tyłem. - Kiedyś, zanim zginęli moi rodzice, mieszkaliśmy w ogromnej willi pod miastem. Rodzice, ja i moja siostra. Miałyśmy wszystko, oprócz czasu rodziców. Czas zawsze poświęcali pracy. Karierze... Z perspektywy czasu, po przejściach w sierocińcu.... - nowa porcja łez  popłynęła po moich policzkach. Niektóre zatrzymały się na moich ustach, pozostawiając słony posmak, inne spadały na chodnik. - Nigdy nie narzekałyśmy z siostrą. Nigdy nie byłyśmy niemiłe, wulgarne i tym podobne. Zawsze cieszyłyśmy się z życia.... Dopiero w sierocińcu uświadomiłam sobie, że nasze szczęście nie było prawdziwe - łzy spływały potokiem, jedna po drugiej. Żaden nie odważył mi przerwać, mimo, że czułam ich wzrok na swoich plecach, nie odwróciłam się do nich. - Miałyśmy normalne życie... Rodzice zapisali nas do szkoły prywatnej, nie lubiłyśmy jej ale we dwie zawsze dawałyśmy rade... Nigdy nie pasowałyśmy tam... Pomimo, że byłyśmy bogate nie byłyśmy snobistyczne... Dlatego tak szybko przystosowałam się do życia w sierocińcu... Szybko poczułam, że nawet na co dzień nie brakuje mi rodziców... Bardziej tęsknie za gosposią, która zawsze była z nami... Tęsknie cholernie za siostrą, której już dawno nie widziałam.... Nie tęsknie za rodzicami... Bo ich nigdy przy nas nie było.... Przywozili drogie prezenty, myśląc że tak jakoś wynagrodzą nam to, że nigdy ich nie ma.... - Mimo ciągłego płaczu, chciałam mówić dalej. - Stałam się taka, bo uświadomiłam sobie, że nigdy nie byłyśmy dość ważne dla nikogo... Może dla gosposi, ale rodzice jej za to płacili.... Sierociniec nauczył mnie, że samemu trzeba zadbać o siebie... ale głównym sposobem na to były wulgaryzmy i krzyk.... Jestem pewna siebie, bo zawsze taka byłam. Jestem miła, b dla siostry zrobiłabym wszystko i to my nawzajem nauczyłyśmy się dobroci.... - znowu na wspomnienie Daniel, popłynął strumień świeżych łez. Zaczęłam się dziwić skąd ja ich tyle mam. - Może myśleć o mnie, że ciągle jestem niezadowolona, że mam was gdzieś, a ja po prostu już taka jestem. Może i jestem wredna, podła, sarkastyczna, ale jestem tez szczera i obiecuje, że się poprawie - na te słowa odwróciłam się do nich twarzą. Jack miał łzy w oczach, a Marco szybko wytarł łzy ze swoich policzków. Jack podszedł i mnie przytulił. Dali mi chwilę na uspokojenie się. 
- Kristin rodzice cię na pewno kochali - powiedział Jack mi do ucha, łamiącym się głosem. - Po prostu musieli zapracować na wasze życie. Chcieli żebyście mieli wszystko. Nie jesteśmy twoimi wrogami. Pozwól nam sobie pomóc. Chcemy żebyś była szczęśliwa. - Przez te słowa znowu popłynęły mi łzy. Czułam, że moje policzki już pieką, jakby łzy były palącą lawą. Wiedziałam, że pieką, bo są szczere i że szczerze chciałabym dać im szansę. Nigdy nie będą moimi rodzicami, ale możemy się jakoś dogadać. Odsunęłam się od Jacka i spojrzałam na ich obu.
- Wiem i przepraszam, że taka byłam. Postaram się być "normalna" o ile się da - Jack usiadł koło Marco i poklepał miejsce obok siebie, zachęcając abym się przyłączyła. Usiadłam, czując, że wzbudzają we mnie swoją sympatie. Nawet Jack, bo jak się okazało jest naprawdę czułym pedałem, no dobra homoseksualistą.
- Ale obiecajcie mi, że będzie normalnie. Ja będę dla was miła, ale wy nie będziecie urządzać dzikiego seksu w mojej obecności - spojrzeli ze zdziwieniem na mnie potem na siebie, a potem wszyscy razem wybuchnęliśmy śmiechem.
- Ok - przytaknął ze śmiechem Marco.
- Naszą miłość zostawiać będziemy w sypialni - o kurcze to Jack okazał się tym normalnym i bardziej na luzie.
- Wybacz ale nie chcę słuchać co tam robicie.
- Och Skarbie - zwrócił się do mnie - Same przyjemne rzeczy.
- Niewątpliwie.
Przesiedzieliśmy tak jeszcze chwilę, ale potem poszliśmy do swoich pokoi zająć się swoimi sprawami. Ja w sumie nie miałam swoich spraw, ale poszłam odświeżyć się przed obiadem i zmyć z siebie cały ten słony płacz. Czuję, że może jeszcze mogę być szczęśliwa, nawet jeśli paradoksalnie to szczęście da mi dwóch homoseksualistów. 




Rozdział 2

 Założyłam swój chyba najlepszy komplet ubrań jaki miałam. Gdy już się ubrałam w to, zeszłam na dół, gdzie znowu powitały mnie transparenty z napisami w stylu: Nigdy Cię nie zapomnimy, Bądź szczęśliwa, itp.
- Przestańcie bo czuję się jak na pogrzebie - miałam już spuścić wzrok, gdy zobaczyłam, że stoją w korytarzu też ludzie ze szkoły.  Przyszła nawet delegacja plastików szkolnych. No nie wierzę. Przylazły pewnie bo wyczuły sensację. Narzuciłam na siebie za dużą bluzę, zabraną Lukowi, i od razu zaciągnęłam kaptur na głowę. Szybko się pożegnałam. Luka nie było wśród tłumu. Skierowałam się w stronę samochodu. Moje bagaże były już spakowane do bagażnika. Nawet się nie odwróciłam, żeby ostatni raz spojrzeć na budynek, który był moim domem. Miałam pokusę odwrócić się, ale samotna łza spływała już po moim policzku, a nie chciałam by ktokolwiek to zobaczył. Wszyscy w sierocińcu myślą, że jestem twardzielem. W końcu mam nawet męską ksywkę. Gdy tylko kierowca ruszył założyłam słuchawki i rozwaliłam muzykę na cały regulator. Gdy znalazłam się w moim odizolowanym świecie od razu zaczęłam myśleć.
Nie wiem jak teraz będzie wyglądało moje życie. Kiedyś miałam normalną rodzinę. Teraz w wieku 16 lat mam zamieszkać u pary pedałów. To będzie koszmar. Na pewno nie będziemy się lubili. mam w nosie jacy są. Może i są normalnymi ludźmi ale są też pedałami. A jak minie lot samolotem? Przecież nigdy nie latałam. W nosie lot. Mogłabym nawet zginąć w katastrofie lotniczej, oby nie mieszkać z tymi kolesiami. 
Nawet nie wiem kiedy, ale właśnie wjeżdżaliśmy na parking pod lotniskiem. Teraz byłam zdana tylko na siebie. W sumie bez problemu znalazłam odpowiedni korytarz i już stałam w kolejce do odprawy. Nigdy nie byłam głupia. Po kilku minutach, albo kilkudziesięciu minutach, w końcu znalazłam się na początku kolejki. Dopiero teraz zdjęłam słuchawki.
- Proszę zdjąć wszystkie metalowe przedmioty i wszystko włożyć tutaj - poinstruował mnie członek obsługi. Zrobiłam wszystko automatycznie, bo mój wzrok wpatrzony był w osobę, która właśnie pojawiła się na korytarzu, opodal kolejki, w której stałam.
- Wszystko w porządku może pani przejść do samolotu - głos ochroniarza wybudził mnie z zapatrzenia. 
 Siedzę teraz w samolocie i jak głupia patrzę się w okienko. Na szczęście siedzę w fotelu zaraz przy okienkach. Nie wiem czemu, ale na widok tej dziewczyny moje serce wywinęło fikołka. Mogłabym pomyśleć, że wariuje i idę w ślady jeszcze nie poznanych "tatusiów", ale w głowie miałam tylko jedną myśl. Daniell. Moja siostra mogłaby teraz tak wyglądać. Tylko, że ona ma brązowe włosy. I raczej nigdy by ich nie przefarbowała. A może teraz jest zupełnie inna. Ale to niemożliwe, żeby w dniu, w którym pierwszy raz  lecę samolotem, też była tutaj, na lotnisku. 
Lot samolotem nie był taki zły. Większość czasu oczywiście spędziłam na myśleniu o mojej siostrze i w ogóle 
nie myślałam o tym, że samolot może spaść, wybuchnąć, czy po prostu mnie wybawić od mieszkania z homoseksualistami. Nie wiem dlaczego, ale znów zaczęłam myśleć, że to chore. Miałam już za kilka chwil zamieszkać z dwoma facetami, którzy się "kochają". To niemożliwe....
Gdy tylko wysiadłam z samolotu, skierowałam się do poczekalni. Nie musiałam jednak tam czekać, bo stał tam jakiś facet w gajerku z wielkim napisem - Kristin Appis. Nie chętnie podeszłam do niego, ze słuchawkami w uszach i kapturze na głowie. Facet coś do mnie gadała, więc nie chętnie i ociągając się zdjęłam jedną słuchawkę.
- Jestem tutaj z polecenia Jackoba i Marco, będę teraz robił za Twoje kierowce. Gdzie Twoje bagaże? - powiedział rzeczowym głosem. Odniosłam wrażenie, że gdyby nie kasa w ogóle olał by tą pracę.
- Myślę, że tam - wskazałam na taśmę, po której już sunęły leniwie bagaże. Mój kierowca (który się nie przedstawił) poszedł jeszcze bardziej leniwie po bagaże. Gdy już niósł mój cały dobytek, czyli jedną samotną walizkę, wyszliśmy na parking. Skierował się w stronę czarnej limuzyny, więc poszłam za nim. Patrząc na długość limuzyny i prywatnego kierowce, chyba moi nowi "rodzice" nie narzekają na brak gotówki. Gdy już siedziałam w samochodzie od razu przypomniało mi się dzieciństwo, gdy nawet do szkoły jeździłyśmy taką limuzyną. Podróż oczywiście trochę trwała, ale bardzo dobrze czułam się w samochodzie. W końcu znowu poczułam swoje klimaty. W sierocińcu oczywiście też byłam sobą, ale już przyzwyczaiłam się do wspólnego pokoju, salonu i wszystkiego co można było dzielić. Mimo, że podobało mi się, że jadę sobie teraz limuzyną nie zamierzam tak łatwo polubić tych facetów. Na pewno nie dam im się przekupić. No dobra może najpierw trochę ich poznam a potem pomyślę czy dam im szansę.
Kierowca się zatrzymał. Przypomniały mi się stare czasy, więc czekałam aż ktoś otworzy mi drzwi, ale ten moment nie nastąpił. Zniecierpliwiona otworzyłam drzwi z impetem. Wysiadłam z samochodu i od razu zauważyłam ładną kostkę brukową, z której był chodnik, jak się okazało tworzący ogromne rondo wokół fontanny przed domem. Podniosłam wzrok i ujrzałam mój nowy dom:
Nie powiem widok był imponujący. 
- chodź za mną- nakazał mi szofer.
- Może... - odpysknęłam. 
- Co to miało znaczyć? - wydał się oburzony.
- A co miał znaczyć Twój ton głosu? - facet podszedł do mnie i teraz mogłam spokojnie policzyć jego zmarszczki, które powoli zaczynały mu się tworzyć na twarzy. 
-Słuchaj gówniaro. To, że trafił Ci się los na loterii i z plepsu dostałaś się do królestwa, nie oznacza, że możesz zgrywać Kopciuszka.
- A to dobre. Nawet nie wiesz kim jestem - powiedziałam zdecydowanym głosem wprost w jego ryj, chciałam jeszcze dodać kilka słów, ale właśnie wyszli na zewnątrz dwaj panowie. Jeden troszkę wyższy od drugiego, o ciemnej karnacji, czarnych włosach i męskiej sylwetce. Drugi troszkę niższy i mniej opalony, ale również z ciemnymi włosami. Obaj bardzo przystojni i obaj na pewno nie mieli więcej niż 30 lat. I co wydało mi się paradoksalne w tej sytuacji, nie wyglądali jak homoseksualiści. 
- Steve - powiedział ten ciemny. - O co chodzi? - wydał się zdziwiony chyba tym, że kierowca stoi tak blisko mnie. Obaj panowie szybko do nas podeszli. 
- O nic, proszę pana - wykrzywiłam usta w cynicznym uśmiechu. 
- A to na pewno nasza Kristin - powiedział z uśmiechem od ucha do ucha ten drugi.
- Raczej nie jestem niczyja - powiedziałam z ironią. 
- Hej jestem Jackob - powiedział z entuzjazmem, nie przestając się szczerzyć. - A to mój... hmm. partner Marco - niechętnie uścisnęłam ich dłonie. Jackob nie tracąc entuzjazmu położył swoja rękę, obejmując mnie, na moim ramieniu. Automatycznie uwolniłam się z jego objęć.
- Ok - powiedział pod nosem.
- To może chodź pokarzemy Ci twój nowy pokój - inicjatywę przejął Marco. Wzruszyłam obojętnie ramionami. Poszliśmy w stronę domu. Gdy tylko znaleźliśmy się w środku moim oczom ukazał się widok holu. 
- Teraz to będzie Twój dom - powiedział Marco i włożył swoje dłonie do kieszeni w spodniach. Od razu zauważyłam modną markę - Banana Republic. w takiej pozie wyglądał na luzaka. - Możesz chodzić po całym domu - dodał z uśmiechem i chyba dumą.
- Tylko najpierw zdejmij kaptur - dodał Jackob. Nie chętnie zdjęłam moją osłonę przeciw idiotami i dodałam z sarkazmem:
- Jasne tatusiu. 
- No to chodźmy. Pokarzemy ci twój pokój - powiedział Marco po krótkiej wymianie wymownych spojrzeń ze swoim PARTNEREM. Marco szedł przodem, ja zaraz po nim, a Jackob za nami. Nigdy nie byłam wredna dla ludzi, dlatego od razu miałam wyrzuty sumienia, że tak chłodno go traktuje. Marco wydaje się milszy od niego. 
Wdrapaliśmy się na pierwsze piętro. Nawet na zwykłym korytarzu czuło się ekskluzywny klimat domu. Wszystko było ładne ale i dość kosztowne, przynajmniej wyglądało na bardzo drogie. Zatrzymaliśmy się na chwilę przed drzwiami.
- mamy nadzieję, że ci się spodoba - powiedział Jackob za moimi plecami a Marco otworzył drzwi. Weszliśmy do... hmm chyba salonu.
Bardzo podoba mi się rozwiązanie z wnękami w ścianie, ale nie zamierzałam dać tego po sobie poznać. Panowie znowu wymienili te swoje wymowne spojrzenia i skierowali się ku drzwiom. Jak się okazało, wrota prowadziły do sypialni.
Zaskoczyła mnie zupełnie zmiana klimatu. Niestety rajcowało mnie to. Salon utrzymany w spokojnej i przytulnej tonacji, a sypialnia z klimatem... W dodatku łączyła wszystko co kocham.... Przede wszystkim muzyka, ale też Anglia, którą zawsze chciałam zwiedzić i miałam na przeciwko łóżka taką wnękę:
Dodatkowo na ścianach przymocowane były uchwyty na deskorolki. Wszystkie puste. Po obu stronach rampy były kolejne drzwi. 
- Podoba Ci się? - spytał Marco. Znowu nieznacznie wzruszyłam ramionami. Nie miałam ochoty z nimi rozmawiać. Nawet jeśli udało im się jakimś cudem trafić we wszystkie rzeczy które ceniłam. 
- A które drzwi teraz wybierasz? - spytał Jackob. Wskazałam palcem na te po prawej.
- Ok nie usłyszymy chyba dzisiaj Twojego głosu - powiedział pod nosem Jackob, ale i tak skierowaliśmy się w stronę drzwi. 
- Łazienka - poinstruował Marco.
- I jak?
- Łazienka jak łazienka - podsumowałam obojętnym głosem. Bez słowa wróciliśmy do sypialni i skierowaliśmy się do drugich drzwi. Garderoba wyglądała tak, ale miała jeszcze puste pułki. W ogóle we wszystkich niby "moich" pomieszczeniach uderzyła mnie pustka na półkach tak jakby "moich".

  Stałam chwilę nie ruchomo.
- I jak podoba Ci się Twój pokój? - spytał pełen entuzjazmu Marco. W ogóle nie zareagowałam.
- Nawet to jej nie rusza. Sorry mam dość - powiedział Jackob i wyszedł ofuczony jak jakaś diva. Ołje sprowokowałam go, żeby zachował się jak pedał: "O mój boże ona jest okropna, już nigdy się do niej nie odezwę. Niegrzeczna dziewczynka". Nie mogłam się powstrzymać przed uśmiechnięciem się, gdy tylko ta wizja ukazała mi się w głowie. 
- Wybacz za niego - zaczął go tłumaczyć Marco. - On to wszystko sam zaprojektował i myślał, że przynajmniej tak się trochę do nas przekonasz. - Kurva mać znowu zrobiło mi się go żal. Zaczynam nie lubić samej siebie. - Zostawię cię samą na chwilę. Zobaczę tylko co z nim i zaraz wrócę.
- Spoko nie trzeba mnie pilnować. Nie jestem dzieckiem, które musisz niańczyć - poszłam do salonu i wspięłam się na górną półkę. Gdy tylko wyszedł z pokoju włożyłam moje ukochane, choć trochę wysłużone, słuchawki, naciągnęłam kaptur na głowę i zanurzyłam się w muzyce. 
*Oczami Marco*
 Znalazłem Jackoba w salonie na dole.
Usiadłem koło niego na kanapie i położyłem swoją rękę na jego kolanie.
- Daj jej trochę czasu. Spędziła trochę czasu w sierocińcu i straciła swoich rodziców. 
- mam wrażenie, że starałem się na marne. Równie dobrze wystarczyłaby jej komórka pod schodami aby osiągnąć teraźniejszy poziom zadowolenia - obruszył się. Zamierzałem jej bronić. W końcu jest śliczną dziewczyną i w dodatku może pomóc nam stworzyć normalny dom. 
- A może Kristin jest przytłoczona tym wszystkim? - zabrałem rękę z jego nogi. - Z biednego sierocińca zabieramy ją do ogromnego domu. Może po prostu czuje się zagubiona?
- Jak dla mnie to ona musi po prostu zademonstrować swoją niechęć do nas - to było absurdalne stwierdzenie. Nawet w jego ustach. - Nie patrz tak na mnie - spojrzał mi głęboko w oczy. Jego wzrok działał na mnie jak ukojenie. Zapragnąłem go pocałować, ale teraz musieliśmy zająć się Kristin. - Gdy jej się zechce to co rzucisz mnie? 
- O czym ty gadasz? Nigdy w życiu - przytuliłem go do siebie. - Ona nam pomoże stworzyć normalny dom, a nie będzie go psuła - jeszcze chwilę tak siedzieliśmy przytuleni. Gdy poczułem, że mój partner się uspokoił wewnętrznie delikatnie odsunąłem się od niego i podniosłem się. - To co spróbujemy jeszcze raz? - spytałem Jacka z entuzjazmem. Podniósł się ociężale z kanapy i poszedł ze mną do pokoju Kristin. Zapukałem, ale nikt nie odpowiadał. Uchyliłem drzwi i zajrzałem do pokoju. Oczywiście była tam. Siedziała w wyższej półce, a raczej leżała na tych wszystkich poduszkach.
- Hej Kristin możemy pogadać? - nie odpowiedziała. Nawet nie spojrzała. Weszliśmy i stanęliśmy pod ścianą. - Hej Kristin chcielibyśmy z Tobą pogadać. Musimy sobie wyjaśnić kilka spraw, a potem damy ci spokój - spojrzałem na Jackoba.
- Ona cię w ogóle nie słucha. Kristin!!! - wydarł się. Dziewczyna przestraszona usiadła i walnęła się głową w sufit. Walnąłem mojego partnera ale tylko żeby poczuł, że głupio zrobił. Nie chciałem sprawić mu bólu. Dziewczyna wyjęła słuchawki z uszu i warknęła:
- Czego?!
- Marco do ciebie mówi.
- No i co z tego? - położyła się z powrotem.
- Może wysłuchasz co ma do powiedzenia.
- Spokojnie - wyszeptałem tak aby tylko on mnie usłyszał. - Chcieliśmy z tobą pogadać - usiadła i spuściła nogi w dół.
- No to mówcie jak musicie. 
- Chciałbym ci powiedzieć - zacząłem, choć nie wiedziałem jak to wszystko powiedzieć. - Może zacznę od początku. Chcielibyśmy abyś wiedziała, że wiemy jak ci trudno. Twoi rodzice nie żyją, a adoptuje cię para homoseksualistów.
- Gówno wiecie. Nic nie wiecie - znowu położyła się. 
- To jest nielogiczne - zaczął Jackob. - Tak wulgarna dziewczyna w tak nieprzeciętnie ładnym i przyjaznym opakowaniu. - Puściłem mimo uszu tą uwagę i kontynuowałem jak się zdaje mój monolog.
- Chcemy dla ciebie jak najlepiej. Jeśli coś ci się nie podoba w twoim apartamencie to powiedz i zmienimy to.
- No jasne. Zróbmy tak by jej się podobało, bo ma gdzieś starania innych - znowu się obruszył i ciężko siadł na kanapie. 
- Chcielibyśmy z tobą nawiązać kontakt. Wiemy, że masz 16 lat i ciężko będzie ci się do wszystkiego przyzwyczaić ale przynajmniej spróbuj. - na te słowa dziewczyna zeszła na dół. Stanęła ze mną twarzą w twarz. Jej mina była łagodna. 
- Ok spoko. - powiedziała obojętnie, ale plus, że bez sarkazmu. - A ten tu - wskazała głową na Jacka. - Zawsze zachowuje się jak ofuczona panienka czy czasem zdarza mu się być zadowolonym z życia?
- Ten tutaj ma imię - Jacka podszedł do nas i stanął w pozie z założonymi rękoma. 
- Jasne. To wszystko? Chciałabym się rozpakować jak mogę.
- Jasne zajmij się swoimi sprawami. Jak już skończysz to zejdź na obiad.
- yhym - wymamrotała i nie było szans na dalsza rozmowę, bo znowu założyła słuchawki. Wyszliśmy na zewnątrz.
- Widzisz nie jest taka zła - powiedziałem.
- Tak jak dla ciebie. W ogóle ciebie traktuje inaczej.
- Po prostu ja podchodzę do niej spokojnie.
- No tak bo ja pewnie tego nie potrafię. Wybacz nigdy nie myślałem, że będziemy zajmować się 16 - latką i to jeszcze jakąś skatówą.
- wiedziałeś, że jeździ na desce i tym się interesuje.
- A nie mogłaby tańczyć w balecie? - wybuchnąłem śmiechem.
- W adidasach trudno by jej było. Skoro interesuje się deskami, rozwijajmy jej zainteresowania. To będzie dobry początek. 










piątek, 14 czerwca 2013

Rozdział 1

 Cześć jestem Kristin, ale moi znajomi mówią do mnie Kris. Mimo, że to męskie imię, uwielbiam je. Trudno powiedzieć czy moi znajomi to moi znajomi naprawdę, są to dzieciaki, które mieszkają ze mną w sierocińcu. Mimo, że nie ze wszystkimi się dogaduje to jedyne ważne osoby w moim życiu - jak na razie.
 Przydałoby się poświęcić chwilkę na historię mojego dzieciństwa... Za rozwlekłe opisy z góry przepraszam :-)
 Jak już wspomniałam, nazywam się Kristin i nie zawsze mieszkałam w sierocińcu. Kiedyś mieszkałam sobie w ładnym dworku pod miastem z moimi rodzicami i młodsza siostrą. Nasza rodzina nie była znana, ale była dość bogata. W naszym małym azylu była ważna tylko nasz czwórka, no i plus nasza kochana gosposia, która w czasie podróży biznesowych naszych rodziców, zajmowała się nami jak matka. Mi i siostrze nigdy nic nie brakowało. Rodzice przywozili nam drogie prezenty z całego świata, ale nigdy nie zabierali nas w podróże. Tak więc nigdy nie widziałam nic poza Stanem Nevada, w którym mieszkaliśmy.
 Zastanawiacie się pewnie, dlaczego mieszkam w sierocińcu? Historia jest dość banalna. Gdy miałam 12 lat a moja siostra miała 11 lat, nasi rodzice pojechali załatwiać jakieś interesy. My jak zwykle zostałyśmy z Elsey - naszą gosposią. Tego dnia, jak zwykle poszłyśmy do naszej prywatnej szkoły, do której uczęszczała sama miejscowa elita. Nigdy w sumie nie identyfikowałyśmy się z Daniell z pustakami, ale znosiłyśmy ich obecność. Gdy wieczorem wracałyśmy do domu limuzyną, zawsze opowiadałyśmy sobie wzajemnie co stało się ciekawego danego dnia. Szkolna elita tworzyw sztucznych zawsze krzywo patrzyła się na mnie i moją siostrę Daniell. Przyczyny? Pomimo, że byłyśmy bogate nigdy nie wywyższałyśmy się- najgorszy grzech popełniony w oczach elity. Kolejna zbrodnia - uwielbiałyśmy nosić dresy, za duże bluzy, trampki, vansy, styl na skate normalnie i pomimo, że wszystko było oryginalne i nie jeden dzieciak chciałby to mieć, w oczach wylansowanych Barbie to było słabe. Ale wracając do feralnego dnia.... Jak zwykle nasz kierowca przyjechał pod szkołę. Jak zwykle z Daniell wsiadłyśmy do auta i pojechałyśmy do domu, ale gdy weszłyśmy na podwórko było pewne, że coś jest nie tak. Na podjeździe stał samochód wspólnika naszego taty, ale samochodu rodziców nigdzie nie było. Szybko wbiegłyśmy po schodach ( pomimo, że minęło już 4 lata, nadal pamiętam to wszystko jakby to było wczoraj), torby zrzuciłyśmy już w hollu, weszłyśmy do salonu. Siedział tam Many - wspólnik rodziców. Siedział sztywno na kanapie, a gdy tylko usłyszał że ktoś wszedł zerwał się na równe nogi. Na twarzy miał wymalowane zmieszanie i zamyślenie. Z perspektywy czasu, nie dziwię się dlaczego. Stanęłyśmy z Daniell jak wryte, a on wtedy nam oznajmił, że nasi rodzice nie żyją. Nigdy wcześniej nie czułam takiej rozpaczy. Ból, który czułam, czuje nieraz nadal. Przeważnie gdy siedzę w sierocińcu sama, w swoim pokoju.
 Dalej historia jest jeszcze bardziej skomplikowana. Oczywiście znalazła się zaraz "najbliższa rodzina". Wszyscy chcieli się nami zająć, czytaj naszymi pieniędzmi, który zostawili rodzice. Prawnicy rodziców, postanowili, że lepiej będzie jak umieszczą nas w sierocińcu, ale kasa wtedy przepadła, więc i tak już nikt nie chciał nas mieć na głowie. Obiecywałyśmy sobie z Daniell, że damy radę, że zawsze będziemy razem i przez życie pójdziemy z podniesioną głową. Sprawa znowu się skomplikowała. Pewnego dnia przyszli jacyś ludzie i chcieli adoptować Daniell. Oczywiście siostra stawiała opór. Nie chciała mnie zostawić, ale była ode mnie młodsza. Tylko o rok, ale była. Ci ludzie chcieli adoptować tylko ją. Przekonałam siostrę, że to dla niej wielka szansa, na odrobinę szczęścia. Nasz kontakt się wtedy urwał. Zostałam sama w sierocińcu. Wtedy zatraciłam się w muzyce. Mimo łez, które leciały przy każdej wykonanej piosence, śpiewałam dalej. To był jedyny sposób na pozostanie przy wspomnieniach. Chciałam żeby były żywe. Płakałam, ale dzięki tym łzom i muzyce czułam że łączę się z siostrą. Zawsze razem śpiewałyśmy, gdy miałyśmy gorszy dzień.
 W dniu dzisiejszym, mam już prawie 16 lat. Nadal mieszkam w sierocińcu i zapowiada się, że zostanę tutaj już do osiągnięcia pełnoletności. Wszyscy w sierocińcu wiedzą, że ludzie wolą adoptować małe dzieci, które są słodkie. W tym wszystkim paradoksalne jest to, że nigdy nie żałowałam siebie. Żałuje dzieciaków, które tu są. Nie maja rodzin, a w większości, nawet nie znali swoich rodziców. Ja przynajmniej mam wspomnienia i wiem, że mojej siostrze teraz się układa. Mimo, że nie wiem co się z nią dzieje teraz, ale wiem, że trafiła do dobrych ludzi.
 Myślę, że jak na razie wystarczy wyjaśnień. Resztę faktów wyjdzie "w praniu". Mam nadzieję, że przynajmniej trochę przybliżyłam wam moją osobę.

- Hej Kris, lecisz z nami zagrać w gałę? - krzyknął Luke. Mój rówieśnik.
- Jasne - powiedziałam ochoczo i pobiegłam z nimi na boisko. Zaczęliśmy grać. Jak zwykle byłam w przeciwnej drużynie niż Luke. Lubiłam się z nim droczyć, a mimo że byłam dziewczyną grałam równie dobrze w piłkę jak on. Po pierwszy meczu, padliśmy na trawę z zadyszką, jak jakieś konie po szalonym galopie.
- Co tam w szkole Kris?
- Spoko. Jak zwykle laski z szkolnej elity próbowały mi dopiec. - Odpowiedziałam. W każdej szkole jest jakaś elita. W tej szkole też była taka grupa. Chodzę do szkoły publicznej, ale ta elita niczym praktycznie nie różni się od elity ze szkoły prywatnej. No może nie licząc tego, że te nie maja dzianych rodziców. Dziewczyny z tej szkoły chciały mnie do siebie zwerbować, ale nie zamierzam należeć do pustaków.
- Dlaczego nie zgodzisz się na ich zasady? - spytał Oleck.
- To proste - zaczął za mnie Luke. - Jest za ładna, żeby do nich należeć. - lekko szturchnęłam go łokciem. - No co przecież mówię prawdę. - Usiadłam po turecku na trawie.
- To nie dlatego nie chcę do nich należeć. Jakbym chciała ciągać się z pustakami wzięła bym dwie cegły pod pachę i wyszłabym tak na miasto - wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem - Gramy dalej?
- Może pójdziemy już do budynku?
- Jeśli tak - podniosłam się jako pierwsza. Zawsze lepiej dogadywałam się tutaj z chłopakami. Z dziewczynami tylko czasem z czułością się wyklinałam.
- Kristin zaczekaj - Luke złapał mnie za rękę i pociągnął do tyłu w swoja stronę.Chłopakom machnął, żeby szli dalej. - Kiedy poświęcisz mi chwilę czasu?
- Teraz - uśmiechnęłam się, ale wiedziałam, że nie o to mu chodzi. Spojrzał na mnie z miną która wyrażała: Nie o tym mówię... - No dobra mów o co chodzi - stanęłam z nim twarzą w twarz. Luke jest bardzo przystojny i często mówiono w sierocińcu na nas miss i mister sierocińca, bo według wszystkich, nawet wychowawczyń, byliśmy po prostu najładniejsi. Ale ja nic do niego nie czuła, poza przyjaźnią. Traktuje go raczej jak brata.
- Chciałbym z Tobą gdzieś pójść. Tak sam na sam. Jak chcesz poproszę naszą dyrektorkę by dała nam przepustkę. Pójdziemy do kina, albo na lody. Albo i to i to.
- Luke... Ja bardzo chętnie gdzieś z Tobą pójdę, ale jako przyjaciele.
- Kristin ile jeszcze będziesz zgrywać taką niedostępną? - spytał trochę ze złością. - Dobra rozumiem. Musze się starać i zasłużyć na twoją sympatię.
- Luke ja cię lubię ale nie w tym sensie - zaczerwieniłam się. Nie jestem kurczaczki dobra w tych sprawach.
- Więc nie dasz mi szansy? - spytał z nadzieją.
- Kiedy wychodzimy? - dlaczego kuźwa mać zawsze muszę się litować.
- Może w sobotę?
- Będzie ok. Masz 4 dni żeby ugadać dyrektorkę.

Do naszego wspólnego wyjścia na miasto sam na sam, nigdy nie doszło, bo właśnie pakuje się do wyjazdu. Wczoraj, czyli  w czwartek, przyjechało dwóch młodych facetów. No dobra maja około 35 lat. Nie wiem jak dyrektorka mogła mi to zrobić, ale oni mnie zaadoptowali. Nie miałam nawet szans sprzeciwu. Tak więc teraz pakuje sobie swoje rzeczy. Oczywiście wszyscy moi współlokatorzy sprawili mi milutkie pożegnanie. Nigdy nie płakałam publicznie ale teraz łzy spływały mi po policzkach. Nigdy w życiu nie pomyślałabym, że stanę się szansą dwóch pedałów na stworzenie normalnej rodziny. Kumple z sierocińca o dziwo nie śmieli się ze mnie tylko mnie wspierali. Mimo, że Luke nigdy mnie już nie zobaczy, bo jutro lecę do Californi, to on najbardziej mnie przekonywał, żebym dała im szansę. Żebym za mocno nie dawała im w kość, bo to też normalni ludzie. Jakoś od wczoraj powoli się do nich przekonuje, ale dla dobra obojga stron, dyrektorka postanowiła, że sama polecę do Californi, gdzie będą już na mnie czekać w moim nowym domu.

Ten rozdział już się skończył. Nie mam pojęcia jak to wyszło, więc mam nadzieję, że zostawicie jakieś ciekawe komentarze. Z góry przepraszam jeśli wyszło dupnie, ale to dopiero początki :-) Proszę polecajcie tego bloga znajomym i obiecuję, że z każdym rozdziałem będzie lepiej, Jeszcze nie raz was zaskoczę.